MENU

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

Paweł Kamiński – Człowiek [recenzja]

Śmietanka towarzyska, reż. Woody Allen, USA 2016, 96′

Opublikowano: 16 sierpnia 2016 Views: 1235 Blog CSF, Kino Centrum, Recenzje

Michał Degórski – Cafe society [recenzja]

Po serii mniej (Zakochani w Rzymie, Magia w blasku księżyca, Nieracjonalny mężczyzna) lub bardziej (O północy w Paryżu, Vicky Cristina Barcelona) udanych filmów kręconych w Europie Woody Allen przylatuje do Ameryki – szkoda tylko, że wraz z nim nie wraca jego wybitna forma, którą wieściły pierwsze hurraoptymistyczne recenzje po premierze na festiwalu w Cannes. Lekkie jak morska bryza na Wschodnim Wybrzeżu i tak samo nijakie Cafe society raczej nie zadowoli wieloletnich fanów; brakuje wciąż w XXI-wiecznej twórczości Allena na tyle świeżego tytułu, że mógłby on stanowić pierwszy (implikujący kolejne) krok na drodze młodego pokolenia do zapoznania się z twórczością tego „sadystycznego komediopisarza”, jak w swojej nowej produkcji autoironicznie zdaje się nazywać sam siebie ten 80-letni już reżyser. Obraz satysfakcjonuje jedynie na polu audiowizualnym, co dla niektórych może okazać się wystarczające: wtedy Cafe society to idealna propozycja na wakacyjny, spokojny seans, skutkujący magicznym przeniesieniem się w lata 30. złotej ery Holywood.

To absolutnie najprostsza fabuła jaka wchodzi na ekrany kin w tym roku. Neurotyczny wrażliwiec Bobby (Jesse Eisenberg) postanawia porzucić rodzinny dom na Bronxie, zdominowany przez nieszczęśliwego ojca i brata-gangstera, próbując zakotwiczyć się w Hollywood, gdzie w charakterze agenta wielkich gwiazd pracuje wuj chłopaka, Phil (Steve Carell). Na miejscu zakochuje się w sekretarce Vonnie (Kristen Stewart), co wciąga go w miłosny trójkąt, gdyż dziewczyna upodobała sobie starszego, na dodatek żonatego mężczyznę. Vonnie pokazuje Bobby’emu cały blichtr Holywood, sama pozostając na niego całkowicie obojętna (przypomina w tym samego Allena, który nie pojawia się na galach oscarowych, zarzucając środowisku próżność), czym rozpala płomień namiętności w skromnym chłopaku. Miłość, jak przystało na film autora Annie Hall, ma tu jednak mocno słodko-gorzki smak, będąc źródłem zarówno dodających skrzydeł uniesień, jak i wielkiego cierpienia.

Sytuacja wyjściowa fabuły wygląda jak samograj dla komediowych scen, podszytych bon-motami dotyczącymi sensu życia dialogów oraz satyrycznych refleksji, w Cafe society mogących dotyczyć funkcjonowania Holywood. Nic bardziej mylnego. Dialogi przez większą część filmu kręcą się wokół jednego tematu: kto kogo kocha, kto za kim tęskni i dlaczego miłość napotyka na takie problemy. Tylko że wyziera z nich ogromna pustka, bo o samych bohaterach nie wiemy absolutnie nic, nie znamy też przyczyn miłosnych euforii – Bobby zakochuje się w Vonnie, bo jest urocza i nie dąży do bogactwa czy sławy. To wszystko, gdyż o niczym innym nawet nie rozmawiają. Dziewczyna w starszym mężczyźnie widzi energię witalną – wystarczy, niczego więcej się o nich nie dowiemy, będziemy jedynie wysłuchiwać słów o miłości, rozstaniach, uczuciowych zakrętach. Główne postaci dramatu to puste figury na szachownicy skomplikowanych relacji międzyludzkich. Ciekawiej przedstawia się drugi plan w osobie rodziców Bobby’ego. Małżeńskie rozterki na temat tożsamości żydowskiej i odpowiedziach na ostateczne pytania, jakie przynosi ich wiara, naprawdę bawią. To tutaj widać okruchy dawnego geniuszu Woody’ego Allena. Przy okazji rozmów rodzinnych pojawia się też kilka naprawdę błyskotliwych aforyzmów, szczególnie w wątku lewicującego intelektualisty Leonarda (Stephen Kunken). Cafe society ewidentnie posiada syndrom problemu pierwszego bezbarwnego planu, deklasowanego przez galerię ciekawych osobowości na drugim tle.

Także ostrze satyry stępiło się widocznie na przestrzeni lat. Głównego bohatera fascynują wielkie nazwiska i znane twarze, nudzi natomiast banał prowadzonych przez nich rozmów, opartych w dużej mierze na plotkach – to jedyna krytyka osób na Olimpie, ich bogactwa, władzy i sławy. Bracia Coen w tegorocznym Ave, Cezar! wpuścili nas za kulisy tworzenia Fabryki Snów lat 50., celnie punktując wszechobecną hipokryzję. Genialnie ukazali pijarowe zagrywki wielkich producentów – w jednej ze scen aktorce kreowanej na niewinną lolitę sugerowane jest adoptowanie… własnego dziecka, by opinia publiczna nie dowiedziała się o poczęciu go z poświęconym innej kobiecie mężczyzną. W Cafe society nie uświadczymy żadnych scen, świadczących o chęci wbicia szpili w śmietankę towarzyską, albo jakiejkolwiek refleksji na jej temat. Tym, co naprawdę się udało jest – podobnie jak u Coenów – widoczny żar miłości do kina samego w sobie, bijący z każdego dopieszczonego w najdrobniejszym calu kadru.

Tytułowe „cafe society” to określenie na powstałe po zmierzchu ery prohibicji klubo-kawiarnie, w których brylowali elegancko ubrani politycy, gwiazdy filmowe, a także gangsterzy. Jeśli ktokolwiek spodziewa się w filmie socjologicznego rysu lub satyrycznych obserwacji dotyczących ww. zbiorowiska ten się srogo zawiedzie. Głos narratora (sam Woody Allen, pragnący wywołać efekt „struktury książkowej”) prowadzony z offu powie nam zaledwie kilka uwag – mąż zdradza żonę z jej siostrą, inny ma problemy z hazardem; przecież to Allen na absolutnie drugim biegu! Dawno nie było filmu tak mało odkrywczego, zwyczajnie miałkiego na poziomie scenariusza, nie odciskającego na widzu żadnego piętna.

Duże wątpliwości na długo przed premierą filmu budziła obsada. Jesse Eisenberg dopiero co zaliczył koszmarny występ w Batman v Superman, Kristen Stewart wciąż – niesłusznie! – kojarzy się wyłącznie z sagą Zmierzch (kto obejrzy Sils Maria, zmieni zdanie), zaś rola napisana dla Steve’a Carella nie mieści się w standardowym emploi tego aktora. Allen tymczasem trafia w dziesiątkę. Eisenberg doskonale czuje rytm dialogów, strzelając słowami jak z karabinu maszynowego (chociaż momentami zbyt nachalnie kopiuje styl aktorski Woody’ego Allena z jego ról w Annie Hall czy Manhattanie – ten sam sposób poruszania się, gestykulacja i nerwowy śmiech), Stewart uwodzi swoim urokiem, a Carrell potrafi ukazać wiele moralnych odcieni swojego bohatera. Fantastyczny rezultat przyniosła także współpraca z legendarnym operatorem kamery, trzykrotnie nagrodzonym Oscarem Vittorio Storaro (Czas apokalipsy, Ostatni cesarz). Kadry są dopieszczone w każdym calu, oświetlenie nadaje scenom lekko odrealniony, nostalgiczno-sentymentalny charakter, sugestywność barw sprawia natomiast, że wszystko jest bardzo żywe, aż chciałoby się wskoczyć w ekran i zanurzyć w tej rzeczywistości. Dbałość o najmniejszy detal robi imponujące wrażenie. Mało kto spodziewałby się po nowym filmie Allena, że największym problemem będzie bezbarwny scenariusz, a wszystko co dobre będzie można przypisać jedynie charakteryzatorom, scenografom oraz kostiumologom.

Chodzenie utartymi ścieżkami (motywy żydowskiego pochodzenia, niespełnionej miłości, ponadpokoleniowego uczucia, charakterystyczne aforyzmy, sarkastyczny humor, obowiązkowo grany jazz) tym razem odrobinę zgubiło Allena, stępiło wszystko z czego słynęły jego najlepsze filmy. Teoretycznie wszystko jest na swoim miejscu: scenografia oszałamia, muzyka jest miła dla ucha, aktorzy są nieźle poprowadzeni, postaci snują się rozmawiając o miłości, jest trochę przemocy i komediowych scen. Nie ma to tylko odpowiedniej siły rażenia, za dużo tu elegancji, klasy, stylu i glamouru, za mało z kolei interesujących bohaterów oraz angażującej fabuły – czas i miejsce akcji służą tylko bodźcom audiowizualnym. Film sprawia też wrażenie urwanego w połowie, wzbudzając ogromny niedosyt. Nie ma żadnej puenty – rozumiem, że przywołując słowa jednej z bohaterek „brak odpowiedzi też jest jakąś odpowiedzią”, ale ja widzę tutaj brak pomysłu, zamiast melancholii czy smutku, przypisywanych autorowi przez niektórych recenzentów. Niedługo premiera pierwszego serialu Woody’ego Allena i aż chciałoby się zapytać – Quo Vadis, mistrzu?

Michał Degórski – Woody Allen na drugim biegu – recenzja Cafe Society

Ocena: 5-/10

***

Michał Degórski – rocznik ’92, absolwent stosunków międzynarodowych oraz dziennikarstwa i komunikacji społecznej na UMK, od 2008 roku związany z portalami o charakterze kulturalnym – pisał już m.in. do takich serwisów jak PC Centre, Cowtoruniu oraz film.org.pl.

Tags: , , ,

Instytucja finansowana ze środków Miasta Toruń