MENU

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

Lato w Centrum 2026

Spacer Tematyczny: Mokre, czyli wieś z fabrykami i tramwajem

Opublikowano: 10 sierpnia 2026 Views: 177 Strona główna

Patrz i Pisz! – laureatka lipca

Laureatką lipcowej odsłony konkursu „Patrz i pisz!” została Magdalena Brodziak. Jej tekst to bardzo osobisty zapis wrażeń po wizycie w CSW – pełen językowych skojarzeń, nieoczywistych obrazów i twórczej zabawy słowem. Zapraszamy do lektury!

Magdalena Brodziak

Intuicja mi podpowiada, a w czucie pokładać wiary się nie obawiam, iż bardzo późna reminiscencja wizyty w toruńskim CSW będzie gratką o wiele większą, aniżeli zastosowanie MPAJDW (Metoda Przywoływania Automatycznego po Jednym Dniu od Wigilii). Metoda ta, skonstruowana jeszcze przed II wojną światową, aby cyzelować wspomnienia zgodnie z algorytmami czasu (approx. +1) i przestrzeni (0≠0), to mickiewiczowskie szkiełko w najczystszej postaci. Polerowany binokl gnieżdżący się gdzieś w płacie mózgowym człowieka. A mnie, samozwańczej oportunistce, choć z natury charakterologicznie i fizycznie prostej jak drut, o czucie i sensualizm i metafizykę doświadczania chodzi.

Pamiętam dobrze, że po przybyciu do CSW natentychmiast skierowałam się do kawiarni ZNAKI, gdzie zrazu skonsumowałam napój bogów znany hojicha. Droga ku temu była jednak długa – obejmowała ona kilometraż z mojej prowincji do Torunia, a następnie z dworca toruńskiego do budynku CSW. Dopiero po przekroczeniu progu CSW wydano moim nogom komendę ‘wprzód kroki do kawiarni!’, jako że dotąd włóczyłam nogi zupełnie bezładnie, nieco eliptyczną (jajowatą) ścieżkę pozostawiając za sobą; wyglądało na to, że cel podróży osiągnęłam tylko dzięki nadprzyrodzonemu szczęściu i nadzwyczaj łaskawemu losowi.

Zaczęłam więc marszrutę z dołu w kierunku piętra pierwszego, a potem drugiego. I jakby bez związku z tą sztuką wytworzoną przez artystów wpadłam również na taras widokowy, aby mrużyć oczy, a w końcu zasłaniać je dłonią przed lipcową eksplozją Słońca. Jednak czymże są dłonie moje w porównaniu do wszechmocy Słońca na niebie, które przeszywa na wskroś, jednak o wiele mniej niż wzrok oka zawartego w trójkącie i trochę mniej niż oko Narcyza? Przecież przesłona zrobiona z własnych dłoni nie
przykryje lub nie zmieni moich pasji, zajawek i koników. Podatności na magnetyzm Jerzego Kosińskiego, Michaela Hanekego i Jerzego Nowosielskiego nie da się przykryć jakimkolwiek daszkiem. Świadomości,
że Kaligula Tinto Brassa jest filmem niczym rozłożonym jak dźwięki na pięciolinii, a każdy dźwięk najlepiej brzmi zagrany przez puzon, nie da się zamknąć w jakimkolwiek buduarze. Poczucia własnej wyjątkowości, iż było mi dane obejrzeć w Toruniu retrospektywę Mariny Abramović pt. Do czysta. A poza tym wiedza, że jestem człowiekiem i nic, co ludzkie nie jest mi obce, będzie mi towarzyszyła całe życie. Ta przeklęta lub admirowana wiedza, że potrafię kochać tak mocno, że tą miłość czuję aż w
opuszkach palców u stóp. Miłość jest mocna. Przypuszczam, że kiedyś stracę przytomność powodowana niekontrolowanym wyrzutem dopaminy.

Zatem nie dziwota, że bardzo obszerne miejsce w moim ogrodzie kontemplacji stanowiło dzieło Grzegorza Wełnickiego pt. All in Love, które poniekąd nawiązuje do opuszków palców, i to w podwójnym tego kawałka ciała znaczeniu. Po pierwsze, znajdowałam się przed tym obrazem wystarczająco długo, bym uczuła nieprzyjemny ucisk; dotyczyło to szczególnie części odpowiedzialnych za kontakt z podłożem oraz samych opuszków, które są kontaktem. Po drugie, tłumacząc aurę i zabarwioną metafizykę na elektrotechniczno-chemiczny nośnik, mogłam w końcu zakrzyknąć – „Magdo, to właśnie dzieje się w twoim organizmie za każdym razem, gdy niespodzianie zobaczysz ukochaną twarz XYZ. I właśnie
dlatego opuszki mogą okrywać się drętwotą.” Na dziele idealnie uchwycono chmurę neuroprzekaźników i ducha w maszynie.

Schodząc niżej, niezmiennie bardzo wolno, celem kontemplacji stały się dzieła w tonie dzwonu bijącego dla hybrydy Pasoliniego i Satyriconu, a więc zabawy z serii women baby dream und fashionista nawiązujące do faszyzmu (wcale nie mam tu na myśli pisma gotyckiego). Achtung zawsze zastrasza lub tylko brzmi zastraszająco. Też women baby dream w całej okazałości tyczy się instalacji, w której American Action Man w upupionym wdzianku walczy z obowiązkami domowymi typu odkurzanie czy robienie prania dla rodziny. Nie tylko nie ratuje świata, ale już nawet prężyć naoliwionego torsu już nie ma ochoty. Czy tylko ja czułam pokusę, aby miast rury odkurzacza podsunąć mu miotacz ognia?

Będąc już naprawdę nisko, a schodząc jeszcze niżej, w głowie pojawiła się myśl, iż pewne artystki są kojarzone z zejściem do piekła. Paradoksalnie, ja sama interpretuję sztukę tworzoną przez nie jako zwieńczenie. Życia czy marszruty po wystawach? Licho wie. Jednakże uwolnienie erotyki z semantycznej trumny słowa SEKS czy trzewi i płynów ustrojowych z puszki zwanej BODY czy nawet uniwersalnych dogmatów z formaliny słoika z naklejką DOGMAT grozi społeczną burzą z piorunami. Tak było przed
transformacją i tak było po 1989 roku. Będzie też w przyszłości, bowiem artystki nie lękają się o swoje jestestwo i szumnie wtajemniczają w arkana kobiecego ciała i periodu. Za to im chwała. Chwała za sztukę konsumpcyjną autorstwa LL i konfesjonał Nieznalskiej. To pierwsze możecie już dziś zobaczyć w CSW. To drugie było wystawione drzewiej. Kto nie był, ten trąba.

Tags:

Instytucja finansowana ze środków Miasta Toruń