MENU

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

Manifesto, reż. Julian Rosefeldt, Australia / Niemcy 2015, 95′

DAVID LYNCH – RETROSPEKTYWA

Córki dancingu

Opublikowano: 23 listopada 2017 Views: 383 Artykuły, Blog CSF, Kino Centrum

Ewa Hoffmann – Gdzie się podział polski David Lynch?

Gdy usiadłam do pisania tego tekstu zamierzałam napisać o Davidzie Lynchu i jego szalonych wizjach zawieszonych między snem a jawą. Napisałam nawet pierwsze dwa akapity, ale były tak bezsensowne, że dałam sobie spokój. Tylu dobrych krytyków rozpisywało się o jego twórczości, że chyba mój tekst nie odkryłby nic nowego. Wędrując wokół poruszanej przez Lyncha tematyki, zaczęłam zastanawiać się nad polskim kinem. Nie wiem w sumie dlaczego, bo brak tu jakiegokolwiek powiązania, oprócz produkowanego częściowo w Łodzi Inland Empire. W Polsce nie ma nikogo, kto ma choć w połowie tak oryginalne spojrzenie na film, jak Lynch. Przynajmniej ja nie znalazłam. Jeśli się mylę, to z chęcią dam wyprowadzić się z błędu. Tylko proszę bez przykładów dokonań Łukasza Barczyka z niestrawną Hiszpanką zrobioną za tyle kasy, że można by trzy dobre filmy wyprodukować.

Trudno nie zgodzić się z faktem, że polskie kino w ostatnich latach przeżywa prawdziwy rozkwit. Nasze filmy doceniane są na najważniejszych światowych festiwalach. Co roku przynajmniej jedna z etiud studenckich znajduje się na oscarowej shortliście. Szumowska, Wasilewski, Pawlikowski, Marczak – wszyscy wyrobili już sobie nazwisko nie tylko w Polsce, ale też za granicą. Przez następną stronę mogłabym wymieniać świetne tytuły i wybitnych reżyserów nowego, młodego pokolenia. Jednak pośród wszystkich tych osób, twórców, którzy nie boją się zaryzykować, mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Na naszym podwórku nie znajdziemy oryginalnych postaci, których filmy wzbudzają wiele emocji. Osób bezkompromisowych, które albo się kocha, albo nienawidzi. Reżyserów tak charakterystycznych, że od pierwszych kadrów wiemy, czyj film oglądamy. Do tego miana powoli pretendują Kuba Czekaj i Agnieszka Smoczyńska. Jednak Czekaj zrobił dopiero drugi film, a Smoczyńska ma na koncie tylko debiut. Ewentualnie jeszcze Małgorzata Szumowska z Body/Ciało. W końcu, jak się jest ulubienicą Berlinale to można trochę poeksperymentować, bo film i tak będzie miał dużą widownię i nie trzeba się martwić o środki na następną produkcję.

Wracając do Czekaja i Smoczyńskiej, zastanawiam się, czemu tylko oni odważyli się na zrealizowanie filmów oryginalnych. Przekraczający granice, punkowy Baby Bump, późniejszy Królewicz Olch i nowatorsko musicalowe Córki dancingu pokazują, że można zrobić coś nowego, świeżego. Dlaczego więc tylko oni postanowili zaryzykować? Czemu brakuje nam kina, które swoją formą wywołuje emocje? O którym się dyskutuje, które dzieli widownię. Którym jedni się zachwycają, a inni uważają za totalny gniot. Gdzie nie ma miejsca na kompromisy, a nieoczekiwane, surrealistyczne rozwinięcia w fabule mają głębszy sens i zmuszają do refleksji. Gdzie odrealniony świat nie został stworzony tylko po to, by nakręcić piękne kadry, a groteskowość postaci zmusza nas do ich analizy. Jak to możliwe, że przy tak dobrej szkole filmowej mamy tak nieciekawych, jednobarwnych reżyserów? Gdzie podziały się osoby, które mówią swoim językiem? Które pokazują nam elektryzujący świat filmowy? Jakby nikt nie rozumiał, że kino to iluzja i wszystko może się w nim wydarzyć.

Kiedyś mój znajomy wysunął tezę, że w Polsce reżyserzy nie czują tego klimatu. Że nasi filmowcy chcą tylko robić dramaty, pokazywać walkę rodaków o wolność i bawić widza durną komedią. No sorry, ale w to nigdy nie uwierzę. Nikt mi nie wmówi, że nagle wszyscy reżyserzy jak jeden mąż twierdzą, że kino niebojące się wyzwań jest be. Że wolą robić Listy do M. zamiast poetyckiej Młodości. Że nie chcą już pokazać nam swojej wizji świata, zaczarować nas. Że powiedzieli sobie: „A co tam Sorrentino, mój Pitbull to jest dobry”. A jeśli jednak, jakimś cudem mój znajomy miał rację, to czy warto było poświęcać wiele lat życia na naukę, żeby teraz robić filmy, które po wyjściu z kina nie pozostają z widzem?

Z tą właśnie myślą przejrzałam stronę PISF-u, żeby zobaczyć czy naprawdę opłaca się robić filmy pod widza. Opłaca finansowo, bo artystycznie to od dawna wiadomo, że nie. Postanowiłam najpierw poszukać swoich faworytów. Odnalazłam Córki dancingu, no i prawie spadłam z krzesła. Na film poszło 14 tysięcy widzów. W całej Polsce zobaczyło go trochę więcej osób niż wynosi liczba mieszkańców Aleksandrowa Kujawskiego. Film nagrodzony w Sundance. Szeroko komentowany. Dla porównania, na drugą część Pitbulla poszło milion trzysta tysięcy osób. Jego trzecia część dogoniła poprzednią. Obie robione na jedno kopyto z przeładowanym scenariuszem. Z fabułą tak przewidywalną, że przebieg czwartej części każdy z nas mógłby już sobie opowiedzieć. Patryk Vega, mistrz scenariusza i reżyserii, już odcina kupony. Polskie kino najwyższych lotów, no ręce opadają… Na miejscu Smoczyńskiej chyba przerzuciłabym się na kino dla mas. Jak widać, nie opłaca się być kreatywną artystką.

I to zapewne istota problemu. W końcu kino to nie sztuka dla sztuki, a wielki przemysł. Filmy tak niezrozumiałe, jak dzieła wybujałej wyobraźni Lecha Majewskiego, to bardzo mały procent reszty produkcji, która nie jest nastawiona na największy zysk. I w ogóle mnie to nie dziwi. Powinniśmy się tylko cieszyć, że nie jesteśmy w Ameryce. Tam wszystkie warunki – od budżetu po scenariusz i zdjęcia – dyktuje trzymający kasę producent. Jednak powoli do tego zmierzamy. Nie są to już „złote czasy” scentralizowanej władzy, gdzie Jerzy Hoffman wymyślał sobie ogromny budżet, a państwo bez dyskusji wyciągało banknoty. Teraz liczy się projekt i jego potencjał. Twórca zdaje sobie sprawę, że jak nie będzie miał scenariusza, który spodoba się komisji przyznającej granty, to pieniędzy nie dostanie. Nikt nie będzie więc ryzykował, skoro przechodzą sprawdzone pomysły. Film historyczny, osadzony w PRL-u albo pokazujący jakiś autorytet – na to kasę się dostanie. I broń Boże, nie mówię, że te filmy są złe. Są dobre i warte obejrzenia, ale nie mają tego czegoś, co czaruje i sprawia, że zatapiamy się w świecie odrealnionym. Przynajmniej ja tego nie odczułam.

Nie chcę, żeby mój tekst był odebrany jako krytyka kina. Polska kinematografia rozwija się nadzwyczaj prężnie, mamy świetnych reżyserów, dobrych aktorów i operatorów znanych na całym świecie. W końcu nasze filmy zaczynają się liczyć na arenie międzynarodowej. I nic, tylko polskim twórcom kibicować. Jednak bardzo boli mnie fakt, że znając swoją wartość, boją się oni zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Nawet gdy ci, którzy się odważyli, zebrali brawa i pochwały. Szkoda, bo gdyby nie brakowało im odwagi, nasza kinematografia byłaby jeszcze bogatsza artystycznie.

***

Ewa Hoffmann – rocznik ’93, absolwentka matematyki na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika od zawsze oddana jednak sztuce filmowej. Oprócz spełniania roli krytycznego widza sama stara się stawać za kamerą. Członek Bydgoskiej Kroniki Filmowej i studentka Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie. Jej serce zawsze będzie rozdarte między dokumentem a fabułą. Najbardziej ceni jednak reżyserów nie bojących się eksperymentować i zdających sobie sprawę z siły, jaką daje im kreacja w kinie.

Tags: , , , , ,

/ Wydrukuj ten artykuł

Instytucja finansowana ze środków Miasta Toruń