MENU

DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW

„Upiór w operze” z muzyką na żywo!

Michał Degórski – Manchester by the Sea [recenzja]

Opublikowano: 24 lutego 2017 Views: 414 Blog CSF, Kino Centrum, Recenzje

Anna N. Kmieć – Manchester by the Sea [recenzja]

Film Manchester by the Sea rozpoczyna się sceną, w której główni bohaterowie płyną na łódce. Patrząc metaforycznie – widz zostaje niczym ta łódka – wrzucony na głęboką wodę, w wir zdarzeń. Poznajemy historię bohaterów w pewnym określonym momencie – pojawiamy się w ich życiu: coś już przeszli, wiele jeszcze przed nimi – mają bagaż doświadczeń i traumatycznych przeżyć, choć czekają kolejne.

W dalszej części następuje szereg retrospekcji, które tłumaczą kolejne decyzje, wyjaśniają wydarzenia z przeszłości. Zastosowany zabieg nieciągłości fabuły zapowiada bardzo ciekawą opowieść. Opis filmu zniechęca – sugeruje bowiem kolejną historię o dramacie rodzinnym i tragedii jednostki. Jak się okazuje – niestety tak jest.

Główny bohater z pewnością jest nietuzinkowy – a przynajmniej taki miał być w reżyserskim zamyśle. Lee Chandler, grany prze Caseya Afflecka jest mężczyzną, który – można by rzec – przeszedł w życiu piekło. Stracił kolejno: trójkę dzieci, żonę, brata. To idealne pole do popisu, by zagrać i wykreować człowieka odartego z uczuć i emocji, żyjącego w zasadzie bez sensu i celu – i taki w mojej opinii był zamiar zarówno reżysera, jak i odgrywającego tę rolę aktora. Niestety, w ponad dwugodzinnym obrazie taka ciągle powielana postawa nuży, męczy, staje się przewidywalna i irytująca. Przerysowana tragedia zagubionej jednostki sprawia, że po kilkudziesięciu minutach staje się ona już niestety bezbarwna. Z niecierpliwością wyczekujemy zmiany, momentu kulminacyjnego. Bezskutecznie.

W historii występuje także starszy brat – Joe (grany przez Kyle’a Chandlera). Troskliwy i opiekuńczy, w tragicznym momencie życia Lee pomaga mu stanąć nogi. Los się jednak odwraca i po śmierci Joego, to Lee staje się prawnym opiekunem bratanka. W zamyśle reżysera właśnie to miało być osią filmu, przez której pryzmat poznajemy najważniejsze, poruszane tam problemy. Chodzi między innymi o ukazanie siły i wagi więzi rodzinnych a także dylematów, z jakimi zmaga się jednostka, zróżnicowanych reakcji i emocji, jakie targają człowiekiem w obliczu tragedii.

Nie do końca zrozumiałe są dla mnie postacie żon obu braci. Randi – żona Joego – rozstaje się z nim gdyż, jak się domyślamy, wini męża za śmierć dzieci, nie jest w stanie poradzić sobie z tragedią, jaka ich spotkała. Jednakże do końca go kocha, co wyznaje w jednej z rozmów (mimo, iż układa sobie życie z innym mężczyzną i ma z nim dziecko). Żona Lee z kolei „nawraca się” po dość burzliwej, alkoholowej przeszłości. Związuje się z innym mężczyzną: gorliwym katolikiem – choć w mojej opinii wykreowanie tych postaci jest nie do końca dopracowane, przez co daje wrażenie bezcelowości.

Wielowątkowość nie dodaje tutaj barw, wprowadza chaos i sprawia, że gubimy to, co najcenniejsze – główny przekaz filmu. Kolejne niedomówienia i piętrzące się, niedokończone wątki, które w zasadzie nic nie wnoszą do fabuły, a jeszcze bardziej ją gmatwają, nie są niczym, co ubogaca i daje do myślenia. Nawarstwiają się jedynie i budują napięcie, dezorganizują i powodują, że nie do końca wiemy, co naprawdę jest tutaj ważne. Przykładem choćby to, jak wiele miejsca reżyser poświęca na dokładne przybliżenie perypetii miłosnych syna Lee (łącznie z kolejnymi próbami zdobycia drugiej dziewczyny) czy na wątek matki jednej z aktualnie podrywanych koleżanek.

Na pozytywną opinię zasługuje próba ukazania zmagania się z brutalną codziennością: śmiercią, nie do końca szczęśliwą miłością i utratą bliskich – w sposób bardzo realny. Smutek, żal, trudność w podjęciu zwykłych decyzji, przed którymi staje każdy, kto traci kogoś bliskiego (jak chociażby organizacja pogrzebu) są pokazane w sposób niezwykle prawdziwy. Śmierć Lee jest mocno przeżywana przez jego najbliższych i na uwagę zasługuje tu sposób oddawania przez nich emocji, trudy przepracowania w sobie tragedii. Po raz kolejny przekonujemy się, że są sprawy w obliczu których nie zawsze wiemy, jak się zachować, reagujemy gwałtownie i nieprzewidywalnie.

Film, to zapewne także próba pokazania różnych reakcji ludzkich na to samo wydarzenie – w tym przypadku śmierć. To także zobrazowanie, że nie zawsze trzeba być dosłownym, by wiadomo było o co chodzi w przekazywanych emocjach, uczuciach, gestach. W niejednej scenie bohaterowie mówią jednocześnie, krzyczą na siebie i wyrzucają na siebie frustracje, są agresywni – choć mówią o tym samym i mają ten sam cel: oswojenie w sobie traumy, uporządkowanie świata.

Manchester by the Sea obnaża ludzkie odczucia, demaskuje odruchy. Ale czy pokazuje także to, że w obliczu tragedii człowiek zdolny jest zupełnie zmienić swoje życie? W mojej opinii nie do końca tak jest – główny bohater przez cały czas pozostaje taki sam – zamknięty na otaczający go świat, choć zapewne wielu z nas oczekuje, że powierzenie mu opieki nad bratankiem wywróci jego życie do góry nogami.

Jest to także próba przekazania różnego odbioru tych samych zdarzeń przez różne pokolenia. Dla przykładu syn reaguje na śmierć ojca mało transparentnym buntem. Po raz kolejny otrzymujemy mieszankę wybuchową: chłopak wydaje się zawsze być wycofany, niekoniecznie z powodu traumy po stracie kogoś bliskiego, choć może to potęgować jego odosobnienie. Ma raczej swoje życie, swój świat: zdobywa kolejne dziewczyny, ma grupę znajomych, wspólnie prowadzą dość bogate życie towarzyskie. Próbuje swatać wuja z matką jednej z jego koleżanek, ale i ma napady paniki i lęku, spowodowanego świadomością, że ciało ojca czeka na pogrzeb w kostnicy. Przeżywa tę stratę, manifestując ją choćby przywiązaniem do łódki, którą wspólnie żeglowali, gdy ojciec żył. Z drugiej jednak strony dość wymowne są sceny, w których gra na telefonie (np. czekając na wuja w poczekalni u prawnika). Wszystko to jest przerysowane i nie końca wiemy, czy reżyser chce nam pokazać, że młody człowiek w ten sposób przeżywa stratę bliskiej osoby czy po prostu jest tak pochłonięty swoim towarzystwem, że niezbyt go to wydarzenie dotyka. Dopiero po wizycie u matki i jej nowego partnera, zauważamy w nim jakąś konkretną przemianę: chce być sam, pierwszy raz zdecydowanie odrzuca propozycję zaproszenia znajomych do domu.

Sumując, film pokazuje zlepek wątków, żadnego w zasadzie nie zamyka ani nie wyczerpuje do końca – dlatego tak często w mojej recenzji pojawia się stwierdzenie, iż reżyser „podejmuje próbę”. Nie są to według mnie celowe niedomówienia, wprowadzające tajemnicę, ale niedokończone historie, dające jedynie wrażenie chaosu. Wychodząc z kina, miałam poczucie ogromnego niedosytu a już po godzinie trudno było mi przypomnieć sobie fabułę i uzmysłowić,  o co tak naprawdę reżyserowi chodziło.

Anna N. Kmieć – W morzu chaosu – recenzja Manchester by the Sea

Ocena: 5/10 – za chaotyczną i nie do końca opanowaną wielowątkowość, przez którą gubi się sens filmu

***

Anna N. Kmieć – rocznik ’87, absolwentka socjologii i etnologii/antropologii kulturowej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, doktorantka na Wydziale Nauk Historycznych UMK. Interesuje się antropologią miasta i antropologią wizualną. Kino analizuje przede wszystkim przez pryzmat zróżnicowania kulturowego i relacji zachodzącej na linii widz-bohater.

 

 

Tags: ,

/ Wydrukuj ten artykuł

Instytucja finansowana ze środków Miasta Toruń